top of page

O spowiedzi z zupełnie innej perspektywy cz. 6

  • ks. Tomasz Delurski
  • 28 gru 2012
  • 6 minut(y) czytania

Prze­cho­dzimy do rze­czy prak­tycz­nych, cho­ciaż nie zabrak­nie i teo­rii, bowiem jak mawiał mój pro­mo­tor “nie ma nic lep­szego dla prak­tyki niż dobra teo­ria”. Przy­go­to­wa­nie do spo­wie­dzi już deli­kat­nie zary­so­wa­li­śmy. Może ktoś zapy­tać jak czę­sto się spo­wia­dać. Otóż nie ma jed­nej wła­ści­wej odpo­wie­dzi. Przy­ka­za­nie mówi, że mini­mum raz w roku. Pro­blem polega na tym, że tak jak raz w roku się raczej nie myjemy, tak spo­wiedź raz do roku nie zagwa­ran­tuje nam wzro­stu w życiu ducho­wym. Zwy­cza­jowo przyj­muje się, że opty­malną spo­wie­dzią jest ta odby­wana co mie­siąc (pomi­jam tu szcze­gólne przy­padki np. skrupulantów). Dobrze jest więc wpi­sać sobie do kalen­da­rza daty kolej­nych spo­wie­dzi, ponie­waż dziw­nym tra­fem jeśli nie jest to usta­lone to zaraz spada nam na głowę mnó­stwo spraw do zała­twie­nia na wczo­raj. Naj­le­piej, aby spo­wia­dać się poza Mszą świętą. Cza­sem wymaga to pew­nego trudu, ale trudno wyobra­zić sobie owocny dia­log przy gra­ją­cych orga­nach, kolejce peni­ten­tów itd. Naj­waż­niej­szym jed­nak powo­dem jest to, że nie uczest­ni­czymy wtedy w litur­gii Mszy świę­tej. Ten pro­blem nie jest do końca roz­wią­zany w naszej rze­czy­wi­sto­ści, ale trzeba go zazna­czyć z całą ostro­ścią. Spo­wiedź pod­czas Mszy świę­tej nie­dziel­nej powo­duje brak uczest­nic­twa w tejże Mszy. Prze­cież, cho­ciaż jeste­śmy tam fizycz­nie, nie ma nas jako uczest­ni­ków litur­gii. Skoro Msza święta zakłada cha­rak­ter dia­lo­giczny, to sto­jąc w kolejce do kon­fe­sjo­nału i powta­rza­jąc w myśli grze­chy, oraz spo­wia­da­jąc się w trak­cie czy­tań nie uczest­ni­czymy we Mszy. Jakimś roz­wią­za­niem jest spo­wiedź kwa­drans przed Mszą, ale i ta opcja ma swoje minusy. Opty­malną formą jest więc spo­wiedź poza Mszą, pod­czas dyżuru kapłana, gdy wia­domo, że nie “odpuka nas” on z powodu zbie­ra­nia tacy. Nie trzeba chyba doda­wać, że zwy­czaj­nym miej­scem spowie­dzi jest kon­fe­sjo­nał, naj­czę­ściej tak zbu­do­wany, aby zapew­nić teo­lo­giczny wymiar tego sakra­mentu (kapłan sie­dzi w postaci sędziego, peni­tent klę­czy jak skru­szony grzesz­nik, kratka zapew­nia anonimowość itd.).

Z dru­giej klasy szkoły pod­sta­wo­wej pamię­tamy także o tzw. warun­kach dobrej spo­wie­dzi. Ważna tu jest zarówno nazwa tychże jak i ich kolej­ność. Nie­po­ro­zu­mie­niem jest robie­nie rachunku sumie­nia, żalu za grze­chy, posta­no­wie­nia poprawy w kolejce do kon­fe­sjo­nału pod­czas Mszy świę­tej. Ponadto złe prze­pro­wa­dze­nie tych ćwiczeń może spo­wo­do­wać, że spo­wiedź będzie nie­ważna lub spo­tkamy się w kon­fe­sjo­nale z odmową roz­grze­sze­nia (wię­cej na ten temat w punk­cie o samej spo­wie­dzi). Otóż zanim zaczniemy od rachunku sumie­nia, przy­po­mnijmy, że należy sta­nąć w obec­no­ści Boga, uświa­do­mić sobie Jego miłość, można patrzeć na krzyż, dać sobie czas. Popro­sić Ducha Świę­tego o świa­tło na tej dro­dze, o pełną uczci­wość, o Boże oczy, które patrzą na nas z miłością.

Rachu­nek sumienia. Pol­ska nazwa bywa myląca, pod­po­wiada bowiem jakiś rodzaj księ­go­wo­ści grze­chów. Nazwa łaciń­ska jest chyba bliż­sza isto­cie tego ćwicze­nia (celowo uży­wam tu słowa ćwicze­nie, ponie­waż wymaga ono trudu, oraz pro­wa­dzone regu­lar­nie i w spo­sób pra­wi­dłowy przy­czy­nia się do wykształ­ce­nia pew­nej spraw­no­ści). Otóż jest to pew­nego rodzaju egza­min sumie­nia, w któ­rym jak w lustrze odbi­jamy swoje myśli, czyny, słowa i zanie­dba­nia. Wspo­mi­na­łem już o pra­wo­ści sumie­nia jako warunku dobrej spo­wie­dzi. Otóż tę pra­wość ćwiczymy wła­śnie w rachunku sumie­nia poprzez “akt, który powi­nien być nie tylko trwoż­liwą intro­spek­cją psy­cho­lo­giczną, ale szczerą i spo­kojną kon­fron­ta­cją z wewnętrz­nym pra­wem moral­nym, nor­mami ewan­ge­licz­nymi poda­nymi przez Kościół, z samym Jezu­sem Chry­stu­sem, który jest naszym nauczy­cie­lem i wzo­rem życia, oraz Ojcem nie­bie­skim, który powo­łuje nas do dobra i dosko­na­ło­ści” (Jan Paweł II). Potrzeba tu pokory, aby przy­znać Bogu rację, oraz Kościo­łowi Rzym­skiemu, że nie­omyl­nie naucza pew­nych pra­wi­deł, choć my nie musimy wszyst­kiego rozu­mieć. Pozwala to zoba­czyć innych oczyma Boga i wyba­czyć im krzywdy, które nam zadali, oraz zro­bić pierw­szy krok do prze­ba­cze­nia samemu sobie a także wycią­gnąć wnio­ski na przy­szłość. Rachu­nek sumie­nia może być formą modli­twy, w któ­rej nie tylko przy­pa­try­wać się będziemy naszym upad­kom, ale także pozwo­limy sobie na odkry­cie Bożego dzia­ła­nia w nas poprzez postęp duchowy w jakiejś dzie­dzi­nie. Warto u początku rachunku sumie­nia odbyć conf­fe­sio lau­dis, aby przed sobą i spo­wied­ni­kiem zdać sprawę z dyna­miki życia ducho­wego. Naj­le­piej ćwiczyć swoje sumie­nie, robiąc codzienne rachunki sumie­nia. W ducho­wo­ści kato­lic­kiej znana jest modli­twa na zakoń­cze­nie dnia zwana kom­pletą. Roz­po­czyna się ona rachun­kiem sumie­nia z dnia, który wła­śnie się koń­czy. Jest to pozo­sta­łość po sta­rej i pięk­nej prak­tyce zwa­nej medi­ta­tio mor­tis (medy­ta­cja śmierci). Pole­gało to w skró­cie na uświa­do­mie­niu sobie przed spo­czyn­kiem tego, co powin­ni­śmy jesz­cze zro­bić przed snem będą­cym ana­lo­gią śmierci. Oddać komuś jakąś wła­sność, prze­pro­sić kogoś tak, aby żadnego “długu” nie prze­no­sić na życie po śmierci. Warto wró­cić do podob­nej prak­tyki, codzien­nego rachunku sumie­nia przed snem, roz­pa­tru­jąc swoje postę­po­wa­nie w ciągu całego dnia. W rachunku sumie­nia musimy odróż­nić grze­chy śmier­telne (te trzeba koniecz­nie wyznać co do ilo­ści i oko­licz­no­ści mogą­cych wpły­wać na ocenę moralną), od grze­chów lek­kich. W przy­padku wąt­pli­wo­ści co do cię­żaru grze­chu, przy pra­wym sumie­niu, można przy­pusz­czać na 99 pro­cent, że mamy do czy­nie­nia z grze­chem lek­kim. Można wtedy przy­stą­pić do Eucha­ry­stii, wzbu­dza­jąc nor­malny żal za grze­chy i odma­wia­jąc spo­wiedź powszechną na początku Mszy świę­tej. Jezus nie został w Eucha­ry­stii jako nagroda za dobre spra­wo­wa­nie, prze­cież nikt nie zasłu­żył na taki dar. Wra­ca­jąc do prak­tyki rachunku sumie­nia. Jak wyko­nać to ćwicze­nie popraw­nie? Otóż można posłu­gi­wać się kil­koma meto­dami. W przy­padku czę­stej spo­wie­dzi, jest to łatwiej­sze, na tym polega funk­cja cnoty. Kolej­nym nie­po­ro­zu­mie­niem jest także robie­nie rachunku sumie­nia z dłu­giego okresu, poprzez zasta­no­wie­nie się. To bar­dzo czę­sta przy­pa­dłość tego ćwicze­nia. “Tak się zasta­no­wi­łam co źle zro­bi­łam”.

Otóż po pierw­sze rachu­nek sumie­nia obej­muje słowa, myśli, uczynki i zanie­dba­nia.

Po dru­gie jeśli ktoś się spo­wia­dał ostat­nio 5 lat temu i opo­wiada, że tak wła­śnie robił rachu­nek sumie­nia, to pro­szę go wtedy by powie­dział co jadł na kola­cję 3 lata temu, 12 marca.

Naj­czę­ściej taki przy­kład i wytłu­ma­cze­nie tego błędu skut­kuje. Nie­mniej przy takim rachunku sumie­nia należy odło­żyć roz­grze­sze­nie, ponie­waż gene­ral­nie kon­fe­sjo­nał nie jest miej­scem, gdzie kapłan doko­nuje rachunku sumie­nia za peni­tenta. Można więc posłu­żyć się rachun­kiem sumie­nia goto­wym, znaj­du­ją­cym się np. w ksią­żeczce do nabo­żeń­stwa lub inter­ne­cie.

Nie­bez­pie­czeń­stwo tej metody polega na pew­nym sche­ma­cie, poza który po jakimś cza­sie trudno wyjść. Poza tym, takie gotowce, nie wpro­wa­dzają róż­nicy mię­dzy kobietą a męż­czy­zną, wol­nym a zamęż­nym, księ­dzem a świec­kim itd. Różne obo­wiązki stanu powo­dują, różne formy rela­cji, zobo­wią­zań i zróż­ni­co­wa­nie grze­chów w ich obrę­bie.

Tak więc można doko­ny­wać rachunku sumie­nia za pomocą tek­stów biblij­nych (np. hymnu o miło­ści, modli­twy Ojcze nasz, przy­po­wie­ści o mar­no­traw­nym synu). Można posłu­żyć się kate­chi­zmem zawar­tym w ksią­żeczce do nabo­żeń­stwa. Otóż znaj­dziemy tam różne formy wyszcze­gól­nio­nych grze­chów np. grzechy główne z pychą na czele, to te wady od któ­rych pocho­dzą inne.

Wykryć należy zasad­ni­czy pro­blem, omi­ja­nie bowiem pro­blemu głów­nego sprawi, że będziemy zaj­mo­wać się plamą na obru­sie, pod­czas gdy pło­nie dom. Dalej znaj­dują się grze­chy cudze, z któ­rych jak poka­zuje prak­tyka, spo­wia­damy się rów­nie rzadko jak z zanie­dbań dobra. Jeśli uczest­ni­czymy w czy­imś grze­chu, jeśli go pochwa­lamy, zachę­camy, apro­bu­jemy, jeśli nie ujaw­niamy grze­chu, gdy to konieczne lub chro­nimy grzesz­nika przed spra­wie­dliwą karą, popeł­niamy tzw. grzech cudzy. Jest bar­dzo ważne przy­po­mnie­nie ponie­waż mnó­stwo grze­chów hula po świe­cie ponie­waż nikt im się nie prze­ciw­sta­wił. Zgoda rodzi­ców na życie bez ślubu dzieci, korup­cja, mowa o tole­ran­cji zasła­nia­ją­cej grzech, wszę­dzie tam popeł­niamy grzech zwany cudzym, za który odpo­wia­damy moral­nie. Zna­leźć można także np. grzechy woła­jące o pomstę do nieba itd. Można także zro­bić rachu­nek sumie­nia w opar­ciu o deka­log. Należy jed­nak uwa­żać, aby nie trak­to­wać tej formy na spo­sób skró­towy tzn. piąte “nie zabi­jaj”, prze­cież nie zabi­łem nikogo, idę dalej. Deka­log bowiem jest stresz­cze­niem moral­no­ści i hasłem wywo­ław­czym dla prze­strzeni dużo szer­szych niż tylko pro­sty zapis “nie zabi­jaj”. Warto w tym miej­scu się­gnąć do Kate­chi­zmu Kościoła Kato­lic­kiego, w któ­rym każde z przy­ka­zań zostało dość dokład­nie zana­li­zo­wane. Pro­ste “nie krad­nij”. Niby oczy­wi­ste, ale gdyby zasta­no­wić się nad zmar­no­wa­nym cza­sem, który można było poświę­cić rodzi­nie. Gdyby spraw­dzić wszyst­kie pliki i pro­gramy na kom­pu­te­rze oraz ich legal­ność. Gdyby zdać rela­cję z rze­tel­no­ści pracy. Gdyby zba­dać sumie­nie pod kątem mie­nia publicz­nego i mojego sto­sunku do dobra wspól­nego. Gdyby zwa­żyć zmar­no­waną żywność, zba­dać talenty, które z leni­stwa zanie­dba­li­śmy. Gdyby dokład­nie spraw­dzić zezna­nia podat­kowe itd. Zwy­kłe “nie kradnij”?

syn_marnotrawny.jpg

Deka­log zazwy­czaj przed­sta­wiany jest w for­mie dwóch tablic. Na pierw­szej są przy­ka­za­nia doty­czące Boga (I-​III), na dru­giej doty­czące czło­wieka i jego rela­cji z innymi (IV-​X). Warto zauwa­żyć, że przy­ka­za­nia są uło­żone w pew­nej kolej­no­ści od naj­waż­niej­szego. Pierw­sze jest pierw­sze. Sto­sun­kowo łatwo nam ana­li­zo­wać drugą tablicę i roz­po­czy­nać spo­wiedź od szó­stego przy­ka­za­nia, pod­czas gdy pro­blem leży w pierw­szym. To sex jest moim bogiem, ja uczy­ni­łem się bóstwem, ambi­cję, pracę, używki, cokol­wiek. Zła­ma­nie pierw­szego przy­ka­za­nia wcale nie skut­kuje ate­izmem, skut­kuje wiarą we wszystko inne poza Bogiem i swego rodzaju kul­tem. Kolej­ność przy­ka­zań uka­zuje to, co nazy­wamy porząd­kiem miło­ści. Naj­pierw jest Bóg, potem rodzina, na końcu inni ludzie. Taki też kie­ru­nek powi­nien mieć rachu­nek sumie­nia. Warto wie­dzieć, że deka­log jest tak kom­plet­nym stresz­cze­niem zasad, że pań­stwo Izrael po dziś dzień nie ma konstytucji… Trzeba tu zazna­czyć jesz­cze jedną moż­li­wość. Otóż z nie­któ­rymi grze­chami zwią­zana jest kara kościelna. Jest to dość skom­pli­ko­wany pro­blem ponie­waż nie każdy kapłan może zdjąć taką karę przed udzie­le­niem roz­grze­sze­nia. Ogól­nie polega to na tym, że w przy­padku naj­cięż­szych grze­chów czło­wiek zaciąga karę kościelną. Naj­częst­szym takim przy­pad­kiem jest grzech abor­cji, który pociąga za sobą (przy speł­nie­niu warun­ków, o któ­rych pisa­łem wcze­śniej w sto­sunku do grze­chu cięż­kiego) karę eks­ko­mu­niki latae sen­ten­tiae zare­zer­wo­waną Sto­licy Apo­stol­skiej. Brzmi to mądrze, a polega na nało­że­niu kary przez sam fakt doko­na­nia czynu na osobę, która doko­nała abor­cji, jak też na wszyst­kich, któ­rzy jej poma­gali, zachę­cali oraz pozy­tyw­nie współ­dzia­łali. Nie potrzeba tu żadnego wyroku sądu, czło­wiek dopusz­cza­jący się takiego czynu sam ściąga na sie­bie tę karę i sta­wia się poza wspól­notą (ex com­mu­nio) Kościoła. Warto tu wspo­mnieć o spra­wie “Agaty”, któ­rej miej­sce abor­cji wska­zała ówcze­sna mini­ster, dzi­siej­szy mar­sza­łek Sejmu, Ewa Kopacz, lekarz pediatra… Tak jak pisa­łem tego typu kary nie może zdjąć każdy kapłan ze względu na wagę grzechu. Jeśli jed­nak mimo całego pro­cesu rachunku sumie­nia nadal ktoś twier­dzi, że jest jak Matka Boża i Pan Jezus, tzn. bez­grzeszny to dedy­kuję mu ten frag­ment Pisma: “Jeśli mówimy, że nie mamy grze­chu to samych sie­bie oszu­ku­jemy i nie ma w nas prawdy. (…) Jeśli mówimy, że nie zgrze­szy­li­śmy, czy­nimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” 1 J 1, 8–10. Dalej, na pew­nym eta­pie życia ducho­wego nie popeł­nia się już grze­chów śmier­tel­nych i mini­ma­li­zuje się grze­chy powsze­dnie. Nie zna­czy to jed­nak, że osią­gnę­li­śmy już stan nie­biań­skiej szczę­śli­wo­ści. Otóż uni­ka­nie grze­chu to dopiero połowa drogi. Należy bowiem wypra­co­wy­wać cnoty i dążyć do zjed­no­cze­nia z Bogiem przez asce­tykę oraz mistykę.

cdn.

 
 
 

Komentarze


Wspólnota Dzieciątka Jezus z Chojnic

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Wspólnotę Dzieciątka Jezus w celu korzystania z usługi „Newsletter”. Oświadczam, że zapoznałem/am się z pouczeniem dotyczącym prawa dostępu do treści moich danych i możliwości ich poprawiania. Jestem świadom/a, iż moja zgoda może być odwołana w każdym czasie, co skutkować będzie usunięciem moich danych osobowych z bazy danych Wspólnoty. Oświadczam, iz zapoznałem/am się z informacją dot. przetwarzania danych osobowych. Pełny tekst polityki prywatności oraz Regulamin.

Pamiętaj:
 

Teksty zamieszczane na naszej stronie są autorskie lub wykorzystane za zgodą innych autorów. Wszystkim odwiedzającym tę stronę życzymy Bożego błogosławieństwa.

​​​

© 09.03.2015 by olczaa created with Wix.com

bottom of page